niedziela, 15 grudnia 2013

Żyjmy Chwilą


W życiu bywają takie chwile, kiedy nie wiemy o co chodzi. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, czym jest rzeczywistość, nie potrafimy zrozumieć, czemu coś się dzieje. Próbujemy ukryć się za maską zwaną rzeczywistością, tylko po to by nie zostać zranionym, ale los ma dla nas własny teatr, w którym główną rolę gramy właśnie my...

Obudziłam się jak co dzień rano, ale dzisiaj nie był to zwykły dzień. Dzisiaj mijają 4 lata od kąt jesteśmy razem. Z Joshem łączy mnie niepowtarzalna więź, której nie chce przerwać ani nigdy zakończyć. Jest dla mnie kimś wyjątkowym, kto mnie zawsze rozumie i pomoże. Wstałam z łóżka. Założyłam na siebie szlafrok, który leżał na fotelu i zeszłam na dół do kuchni. Włączyłam czajnik, wzięłam kubek, wsypałam do niego kawy, zalałam wodą i rozkoszowałam się zapachem gorącej cieczy. Usiadłam na kanapie w salonie. Z szafki wyciągnęłam album ze zdjęciami i zaczęłam je przeglądać. Byłam tam ja z Joshem, uśmiechnięci, cieszący się życiem, żyjący chwilą, nie patrzący w przyszłość, zakochani tylko w sobie. Odłożyłam album i dopiłam kawę. Poszłam na górę się przebrać. Założyłam brązowe rurki i do tego mój ukochany, miętowy sweter. Uwielbia jak w nim chodzę. Do tego założyłam srebrny naszyjnik z zawieszką w kształcie serca. Z tyłu były wygrawerowane nasze inicjały. Mimowolnie uśmiechnęłam się do swojego odbicia. Zeszłam z powrotem na dół. Założyłam buty, płaszcz i szalik. Wzięłam torebkę z wieszaka i zamknęłam na klucz drzwi od mojego mieszkania. Wyszłam zewnątrz. Była piękna jesień. Promienie słońce ogrzewały mnie od środka, a lekki wiaterek otulał moje ciało. Wstąpiłam do pobliskiej kwiaciarni i kupiłam biało-różowe róże. Te same jakie wręczył mi na naszej pierwszej randce. Wreszcie dotarłam do swojego celu. Otwarłam furtkę, która cicho zaskrzypiała. Podążyłam ścieżką prowadzącą mnie do mojego ukochanego. Wreszcie dotarłam do marmurowego pomnika, na którym widniał napis:
Josh Evans ur. 17 maja 1989 zm. 19 listopada 2012
Nie spoglądajmy na to co było, ani na to co będzie. Bo życie jest zbyt krótkie na zadręczanie się pytaniami o przeszłość i przyszłość. Żyjmy chwilą, bo teraźniejszość jest najważniejsza”

Położyłam kwiaty na jego nagrobku, na którym widniało jego uśmiechnięte zdjęcie. Właśnie wtedy nie przejmował się niczym i żył chwilą. Tą chwilą dzielił się ze mną. Nie potrzebowałam niczego do szczęścia bo to on był moim szczęściem. Nie widziałam świata poza nim i nadal nie widzę. Pamiętam tamten dzień dokładnie.

Świeciło słońce tak jak dzisiaj. Niebo było błękitne, bez żadnej skazy. Był on i ja, i nikt więcej. Cieszyliśmy się sobą, nie zważaliśmy na nic. Wtedy była nasz 3 rocznica. Po południu powiedział, że musi coś załatwić, i że wróci wieczorem. Ja szczęśliwa, że jest przy mnie od rana szykowałam się co założę na wieczór. Byłam ubrana w błękitną sukienkę, dokładnie taką samą jak jego oczy. Piękne i roześmiane. O 17 dostałam sms-a, że do 15 minut będzie. Minęło 15 minut, 30, godzina i nic. Czekałam i czekałam. W końcu dostałam telefon -Pani Madison Tyler? Pan Josh Evans miał wypadek. W drodze do szpitala doznał dużego krwotoku. Zmarł- i wtedy cały mój świat się zawalił. Upuściłam telefon, a sama osunęłam się po ścianie na podłodze. Osoba najważniejsza w moim życiu, którą kochałam jak nikogo innego, która była mi jedyna zmarła. Zostawiła mnie samą, ze wszystkim, ze sobą, bez niego. Bez niego byłam jak kwiat bez płatków, roślina bez słońca, człowiek bez powietrza. To on był moimi płatkami, które na co dzień mnie przyozdabiały, to on był moim słońcem, które rozświetlało mi dzień, to on był moim powietrzem, bez którego nie potrafiłam funkcjonować, ale musiałam być silna, nie dla siebie lecz dla niego. Dla niego wtedy walczyłam, walczyłam sama ze sobą, ze swoim życiem bez niego.

Nigdy nie próbowałam zapełnić pustki w moim sercu, która panowała bez niego. On zawsze, był, jest i będzie dla mnie najważniejszy. Każda chwila spędzona z nim była cenniejsza dla mnie niż złoto, każdy jego uśmiech odzwierciedlał to jakim był człowiekiem. Cudownym, pomagającym innym, kochającym i szczerym. Mimowolnie uśmiechnęłam się do siebie. Na to wspomnienie łzy zaczęły lecieć mi z oczu. Szybko je otarłam. Nie lubił patrzeć gdy płaczę. Poczułam lekki powiew wiatru na mojej szyi. Czułam jego obecność, że jest obok mnie. Pożegnałam się z nim i udałam do parku. Usiadłam na naszej ławce, na której były wygrawerowane nasze inicjały. To tutaj pierwszy raz się spotkaliśmy, to w tym miejscu wszystko się zaczęło. Z klonu, który stał kawałek za ławką zaczęły spadać liście. Z pomocą wiatru ułożyły się w kształt serca. Teraz czułam to wyraźnie, a mianowicie jego bliskość. Przez chwilę zobaczyłam go, stojącego na de mną, uśmiechającego się w moją stronę szeroko. Takiego jakiego go zapamiętałam. Uśmiechniętego. I tym razem zaczęły spływać po moich policzkach łzy, ale tym razem ich nie otarłam. Pozwoliłam im spływać. Nie były one smutne. Były one oznaką tęsknoty, jaką mu okazywałam. Dzięki niemu zaczął się nowy etap w moim życiu, mianowicie etap, w którym nie przejmowałam się opinią ludzi, nie przejmowałam się tym co mnie otacza, nie patrzyłam w dół, ani w górę, tylko cały czas prosto, przed siebie. Miałam swoje marzenia i swoje idee. Dążyłam do tego by je realizować. I tak mi się udawało. Przy nim niemożliwe stawało się możliwe, pochmurny dzień zamieniał się w słońce, każdy podły nastrój zmieniał się w radość, spowodowana jednym uśmiechem. To dzięki niemu nauczyłam się zakochiwać w najbardziej prostych rzeczach. Wstałam z ławki i przeszłam się jeszcze jedną z alejek. To właśnie ona kryła w sobie taką magię, którą próbowałam, za każdym razem jak tu byłam odkryć, ale nigdy mi się to nie udało. To miejsce już na zawsze pozostanie dla mnie magiczne i wspaniałe, bo to tutaj usłyszałam te dwa piękne słowa, a mianowicie Kocham Cię

Bo nie jest ważne co było lub co będzie tylko to co dzieję się teraz. Ludzie bardzo często przejmują się przyszłością, tym co będzie, a los ustawia tak nasze życie, że w najmniej odpowiednim momencie doznajemy przełomu, który zmienia nasze życie. Dbając i przyszłość, zaniedbujemy teraźniejszość i zapominamy o tym co się w tej teraźniejszości dzieje. Zapominamy o tym co jest dla nas ważne. Za często spoglądamy wstecz i wypominamy sobie to co było, ale czy to jest dobre rozwiązanie? Przypominając sobie złe przeżycia, przekładamy je na czas teraźniejszy, w którym mogą one przybrać jeszcze gorsze skutki. Wcale nie jesteśmy marionetkami, którymi steruje los, ani aktorami, którzy uczą się roli na pamięć. Sami w odpowiednim momencie możemy zerwać nić, zaimprowizować, ale do tego potrzeba ogromnej odwagi i siły. Każdy z nas posiada w sobie taka odwagę i siłę, tylko w porę musimy ją dostrzec. Bo to my jesteśmy panami naszego życia i wszyscy bez wyjątków JESTEŚMY ZWYCIĘZCAMI...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz